- Mów, Harding - zażądał Sinclair.

Trzydzieści centymetrów to całkiem spora szerokość, jako dziecko
nie zorientował się aż do końca, że jego ofiara jest uzbrojona i gotowa
dobrze się złożyło. Po kilku minutach ścieżka zrobiła się stroma i
Jest pracownikiem ojca. Nie ma prawa mówić jej, co ma robić. A jednak wracała wyprostowana do domu, wiedząc, że Brig odprowadza ją wzrokiem. Na tylnym ganku zrzuciła buty z nóg, weszła po schodach i wślizgnęła się do swojego pokoju, Z radia w kuchni sączyła się muzyka, a z telewizora w sypialni dobiegał łagodny głos spikera czytającego wiadomości. Znajdzie jakiś sposób, żeby przechytrzyć Briga McKenziego. Przecież nie będzie pilnował Remmingtona dzień i noc. A może będzie? Serce biło jej jak oszalałe. Zamknęła drzwi, ale nie zapaliła światła. Podeszła do otwartego okna i spojrzała w stronę wybiegów. Zmierzch malował pola odcieniami ciemnej purpury. Na wysuszonych przez słońce pastwiskach widać było tylko kilka ciemnych sylwetek koni, którym pozwolono zostać na noc na dworze. Był tam też Brig. Stał oparty o płot i wpatrywał się w jej okno. Zapalił zapałkę, która na sekundę oświetliła jego twarz, ukazując wyraźne, ostre rysy, grube czarne brwi i oczy o tajemniczym odcieniu błękitu. Wpatrując się w nią, zapalił papierosa i powoli zgasił zapałkę. Cassidy zaschło w gardle. Trzymała się okna zesztywniałymi palcami. Zagryzając wargi, patrzyła w dal, gdzie stała samotna postać, oparta o białe ogrodzenie. Z czerwonego końca papierosa unosił się gryzący dym, którego zapach mieszał się z wonią świeżo skoszonej trawy, uschniętych róż i kurzu. Noc była ciepła. Owady bzyczały niestrudzenie. Brig w ciszy palił papierosa, stojąc na straży. Był równie uparty jak źrebak, którego miała zamiar ujeździć Cassidy. Przecież nie będzie tak stał do rana. Cassidy wiedziała, że musi poczekać, żeby go przechytrzyć. Odwracając się od okna, znowu usłyszała jego niski i wymuszony śmiech, który niósł się ku odległym wzgórzom. Jed Baker zacisnął palce na rozgrzanej kierownicy nowej corvetty. Zaparkował przy Burger Shed, zostawił kluczyki w stacyjce i włączone radio. Sączył colę i patrzył na miejsce za restauracją, gdzie w cieniu trzech rozłożystych dębów ustawiono kilka stołów. Siedziała tam Angie Buchanan ze swoją najlepszą przyjaciółką, Felicity Caldwell. Strząsały keczup z frytek i leniwie popijały wodę sodową, jakby nie wiedziały, że on i Bobby siedzą w kabriolecie i im się przyglądają. Z głośników samochodu dobiegały znajome dźwięki piosenki The Eagles Hotel California, ale Jed prawie ich nie słyszał. Zmrużył oczy w słońcu. - Angie Buchanan jeszcze o tym nie wie, ale to ja pozbawię ją cnoty. - Na tę rozkoszną myśl jego oczy otworzyły się szeroko. Leniwie wstrząsnął kostkami lodu w coli. - A ja jestem papieżem - zaszydził Bobby Alonzo. Jednym łykiem dokończył swój koktajl czekoladowy i wyglądał przez szybę, nie spuszczając wzroku z Angie. Angie i Felicity. Co za para! Najstarsza córka najbogatszego człowieka w mieście i jedyne dziecko najbardziej wpływowego sędziego w okręgu. Dziewczęta śmiały się i szeptały sobie sekrety. Chichotały jak niegrzeczne dziewczynki i zgrabnie układały różowe usta na słomkach do napojów. Jed podniecał się na sam widok Angie. Niech Bobby nie wierzy, ale on zrobi to z Angie, zanim skończy się lato. - Moim zdaniem, ona już to zrobiła. - Bobby wyrzucił kubek przez okno. Trafił w pojemnik na śmieci. Płyn oblał boki plastykowego kubła. Do słodkiej kałuży od razu zleciały się pszczoły i muchy. Palce Jeda zacisnęły się na kierownicy. - Z kim? - Nie wiem, ale wygląda jakby była... napalona. - Bobby oblizał usta. - Na pewno nie jest dziewicą. - Akurat się na tym znasz. - Jed nie umiał ukryć irytacji. Sama myśl o tym, że dotykał jej ktoś inny, doprowadzała go do szału. Miała wszystko, czego szukał w kobiecie. Była ładna, miała zmysłowy uśmiech, wielkie cycki i kupę forsy. Była ukochanym dzieckiem Reksa Buchanana i niewątpliwie dziedziczką fortuny, gdy stary się przekręci, ale i bez tego była niesamowitą kobietą. Podmuch wiatru porwał serwetkę ze stołu i Angie schyliła się, żeby ją podnieść. Krótka spódniczka uniosła się, ukazując uda, które mogły mężczyznę przyprawić o obłęd. Różowy materiał czarująco podkreślił jej pupę, ukazując koronkę majtek. Na ten niebiański widok Jed aż jęknął. - Jest moja - wymruczał pod nosem. Zaschło mu w gardle, więc łapczywie pociągnął ostatni łyk napoju. Był tak napalony, że wydawało mu się, iż eksploduje. Pragnął tylko Angie. Całe mnóstwo dziewczyn zrobiłoby to z nim bez zastanowienia, ale one go nie obchodziły. Były łatwe. Przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik samochodu zawył, budząc się do życia, a Jed wyobraził sobie, jak by to było z Angie w łóżku. Jej czarne włosy opadałyby jak jedwabisty czarny obłok, niebieskie oczy przymykałyby się sennie, różowe usta pożądliwie i ulegle szeptałyby jego imię. Wyobrażał sobie, jak będzie się pod nim wiła, błagając o więcej i chcąc z nim robić takie rzeczy, o jakich mógł jedynie marzyć. Ruszył z parkingu z piskiem opon i we wstecznym lusterku dostrzegł, że Angie na niego patrzy. Tak, ona też tego chciała. Nie mógł się doczekać, żeby jej to dać. - Marzenie - powiedział Bobby. Jed przerzucił biegi i ruszył przez miasto. - Chcesz się założyć?
dziewczynce zaginionej w Kalifornii. Trzeba jej pomóc jak
- Kosper? - jego głos nagle stężał.

więcej go nie zobaczy Pożegnała się więc, pocałowała w policzek i
poza tym jak miała wrócić do pokoju, jeśli nie było absolutnie nic
- Poradzimy sobie - zerknął na nią z uśmiechem.
- Cześć - uśmiechnął się. - Szałowy ciuch.
Od razu zaświeciły się jej oczy
wbicia w ścianę, bo nie sądziła, by roztrzęsione kolana dały radę ją



angielski targówekhttp://nszz-wyzwolenie.blogspot.com/

Federico wskazał na drugi koniec stołu.

Siostra Milli zbladła jak ściana. Choć nie była obdarzona
naprawdę nie wiedział, co oznaczało dla niej nagłe zniknięcie
by wyciągał ją ze schowka w aucie - no i przecież nawet nie zaszedł

mały jeszcze nie potrafił przewracać się na bok. Spał sobie spokojnie,

brata - odezwała się pospiesznie.
– Jasne.
- Nie sądzę, żeby ona i Marley byli znajomymi.

51

omlet z serem?
pokojach .
Na szczęście, gdy pchnęła skrzypiące wrota i weszła